Czy nasze profile mogą się od nas uwolnić?

Istniejący od 1821 roku brytyjski dziennik The Guardian przeprowadził pewien eksperyment. Otóż na łamach tej szacownej gazety opublikowany został esej, który powstał w wyniku współpracy sztucznej inteligencji i człowieka. Inaczej mówiąc – wyposażony w odpowiednie oprogramowanie komputer napisał, czy też stworzył tekst, a konkretnie – kilka podobnych treści, które zostały następnie połączone w jeden, poddany redakcji przez dziennikarzy The Guardian artykuł, a ten następnie trafił do publikacji.

Czy to rewolucja? Raczej kolejny krok w rozwoju narzędzi wspomagających pracę człowieka w mediach. Najróżniejsze algorytmy przetwarzające dane i tworzące na ich bazie proste publikacje, oparte na stworzonych wcześniej przez dziennikarza szablonach, to żadna nowość. Właściwie jest to jedyna droga, by redakcje mogły nadążyć z jednej strony za lawiną pojawiających się w przestrzeni publicznej informacji, a z drugiej – za presją ekonomicznej potrzeby redukcji kosztów. Jeśli najróżniejsze maszyny potrafią pomagać człowiekowi na hali produkcyjnej w fabryce, to czemu nie przy biurku dziennikarza?

Odpowiednio silne komputery, wyposażone w dedykowane oprogramowanie, mogą analizować prawidła językowe – znaczenie słów, praktyki ich wykorzystywania, zasady gramatyki czy ortografii, następnie wyniki swoich obserwacji łączyć z danymi i informacjami z najróżniejszych źródeł i w ten sposób składać zdania w mniej lub bardziej sensowne treści. Człowiekowi może być dużo łatwiej, a przede wszystkim – szybciej, podjąć redakcję tak powstałego tekstu, niż pisać go od nowa. Zresztą takie półautomatyczne treści pojawiają się już dzisiaj w mediach.

Eksperyment Guardiana jest oczywiście kolejnym etapem rozwoju tego rodzaju automatyki, bowiem w tym przypadku komputer stworzył nie prostą treść informacyjną, a esej – czyli treść literacką z założenia przedstawiającą punkt widzenia autora. A więc komputer podzielił się z nami swoimi autorskimi przemyśleniami na zadany temat. Zrobił to na tyle niegramotnie, że redakcja Guardiana przed publikacją musiała to poprawić, doszlifować i uczytelnić – czyli przed komputerem jeszcze długa nauka. Ale pokazał co potrafi, a tempa nauki systemom sztucznej inteligencji nie da się odmówić.

W czasie panelu na temat wirtualnej osobowości, w którym uczestniczyłem w ramach Forum Ekonomicznego w Karpaczu, w jednym z wątków poruszyliśmy temat sztucznej inteligencji. Konkretnie wspomniałem o tym, że każdy z nas, prowadząc wiele różnych profili w mediach społecznościowych, tak naprawdę dzieli się ze światem baz danych, serwerów i komputerów ogromną ilością informacji na swój temat. Pokazujemy swoje przeżycia, przemyślenia, emocje, posługujemy się językiem pisanym, obrazami, zapisami wideo. Miliardy kont w różnych serwisach publikują każdego dnia miliardy większych i mniejszych treści, które na końcu trafiają na dyski twarde (a dziś coraz częściej na superszybkie urządzenia pamięci wykonane w technologii flash), a konkretnie – do przeogromnych baz danych. Przez krótki moment treści te widzimy gdzieś na profilu, docierają one w pewnej chwili do określonej (często też przefiltrowanej przez maszyny) grupy odbiorców, a potem znikają zastąpione przez kolejne wpisy. Za to na serwerach istnieją nadal, są gdzieś tam zarchiwizowane, skompresowane, ale są. Zbierają się od wielu dni, tygodni, miesięcy, lat. I w każdej chwili odpowiednio silny komputer może do nich sięgnąć, poddać je analizie, w zadany sposób je przetworzyć.

Jeśli komputer wyposażony w sztuczną inteligencję może napisać esej, to czemu nie miałby na bazie opublikowanych przez nas setek, czy tysięcy wpisów w mediach społecznościowych, nie tworzyć nowych? Dysponując naszą historią, naszymi przeżyciami, wieloma przykładami używanego przez nas języka, dysponując bazą naszych reakcji na publikacje innych osób, czy bazą innych reakcji na nasze publikacje, komputer może słowa czy obrazy poskładać w nowe treści i wrzucić je na przykład na naszego Facebooka. A potem sprawić, by te publikacje dotarły do tych osób, co do których wyliczy prawdopodobieństwo, znów na bazie przepastnych archiwów baz danych, ze będą tymi wpisami najbardziej zainteresowane. To żadne science fiction, tylko realna ścieżka rozwoju narzędzi do wspomagania człowieka w tworzeniu publikacji.

A stąd już krok w stronę czegoś, co dziś jeszcze jest science fiction – oderwania się stworzonej przez nas wirtualnej osobowości od naszego realnego „ja”. Czy możliwe jest, że w przyszłości stworzony przez nas profil zacznie sam postować, przeżywać, informować, komentować, nawiązywać relacje, wchodzić w interakcje z innymi profilami? Na początku będzie się to działo pod naszą kontrolą, potem automatyzacja będzie postępowała, nam będzie coraz wygodniej, bo „profil prowadzi się sam”, aż tu nagle… Nas zabraknie, a profil będzie sobie żył nadal. Ręka do góry, kto uważa, że to się nigdy nie ma prawa zdarzyć.

Czy powinniśmy się takiego scenariusza obawiać? I tak, i nie. Po euforii sprzed kilku lat, kiedy to rzuciliśmy się masowo na media społecznościowe w pełni im ufając, wiele osób zaczyna dziś odczuwać coraz większy do nich dystans. Pomagają w tym pojawiające się co i rusz informacje o wykorzystaniu baz danych na nasz temat do manipulowania naszym myśleniem, czy o rozwoju technik marketingowych opartych na naszym istnieniu w społecznościach. Tak więc te w pełni zautomatyzowane profile mogą przestać być dla nas atrakcyjne, przestaniemy w pewnym momencie zwracać na nie uwagę i z nich korzystać.

Z drugiej strony – ludzie o mniej silnych osobowościach, na których można wywrzeć silniejszy wpływ, mogą się w tej wykreowanej przestrzeni wirtualnych osobowości zatracić. Zaczną żyć w świecie, który uznawać będą za realny, a który realnie istniał będzie tylko w pamięci komputerów. Oglądaliście Matrix? No właśnie…

No, dobra. Za oknem leje, ale prędzej czy później deszcz ustanie. To ja polecam Wam wtedy wyłączenie komputera i spacer po nie cyfrowym parku lub lesie, wdychanie nie zbudowanego z zer i jedynek powietrza, wystawianie twarzy do ciepła płynącego ze słońca, a nie z systemów chłodzenia maszyn. Bo to są te elementy naszej codzienności, których zagrozić wirtualizacją się nie da.

Czego sobie i Szanownym Czytelnikom z całego serca życzę!

Howgh!
Milkee

P.S. Powyższy tekst napisał człowiek, nie maszyna. Co oznacza, że może on zawierać w sobie wiele niedoskonałości. Wszak błądzić jest rzeczą na wskroś ludzką. 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: